Jaki team wybieracie: czarownice czy łowcy czarownic? Ja oczywiście ten pierwszy.
W „Miasto Grzechu” Tomasza Tokarskiego mamy fabułę opartą na odwiecznej walce kobiet władających magią oraz mężczyzn, którzy na nie polują. Klimatyczny epilog opowiadający o legendarnym Lotharze zwiastował dobrą historię. Niestety opowieść o Tomaszu i Krzysztofie mnie rozczarowała. Pomysł niby dobry, bo nawiązujący do klasyki fantasy, gdyż mamy czarownice, łowców, mrok i mnóstwo niewiadomych jednak całościowo historia wypadła kiepsko. Główni bohaterowie to bracia, potomkowie wspomnianego Lothara, których ojciec złożył broń i sięgnął po alkohol po utracie żony. Chłopcy nie mieli lekko. Jednak pewnego dnia, po interwencji młodszego syna, Adam otrząsa się z letargu i wraca jako wojownik. Ni stąd, ni zowąd dowiaduje się, że ktoś złorzeczy jego rodzinie oraz planuje mroczny rytuał. Ojciec rusza zatem do boju, zaczynając od ataku na dziewczynę starszego syna. Tym czynem budzi w Tomaszu złość, która powiązana jest z klątwą rzuconą pokolenia temu na ród Adama.
Czytając książkę, miałam wrażenie, że oglądam brazylijską telenowelę osadzoną w świecie dark urban fantasy w przyspieszonym tempie. Na początku myślałam, że Tomasz i Krzysztof to chłopcy, bo mieliśmy przedstawionych ich jako pokrzywdzonych uczniów, później jednak okazało się, że to młodzi, rośli mężczyźni zdolni do naprawdę złych rzeczy. Szybkie tempo ze szkolnej ławy przerzuca nas do kiełkującej relacji między Tomaszem a Alicją. Niestety para idąc schematem serialowych zakochanych, co chwilę napotyka na swojej drodze przeszkody. Dosłownie kilka chwil po zejściu następuje coś, co ich znowu dzieli.
Mamy tu też błędy logiczne. Przykładowo, gdy bohaterowie idą szukać potrzebnych informacji, nagle uświadamiają sobie, że to wiedzą. W tekście otrzymujemy również mnóstwo powtórzeń. Miejscami powtarzane są całe frazy, o imionach już nie wspominając. Autor ciągle przypomina nam imiona bohaterów pomiędzy którymi toczy się dialog, przez co rozmowa brzmi nienaturalnie. W głowie jeszcze teraz słyszę: „Tomaszu…, Krzysztofie”. Styl książki i jej drętwe dialogi bardzo mnie wymęczyły. Ciężko miałam przebrnąć do końca.
Niestety zawiodłam się na tym tytule. Mój początkowy entuzjazm spadał z każdą przeczytana stroną. Choćbym chciała, to ciężko znaleźć mi coś, co ratuje tę książkę. Do najlepszych rzeczy należy wspomniany epilog, reszta po prostu jest ciężka w odbiorze, dlatego moja ocena jest tak niska.
Moja ocena: 4/10.
Współpraca barterowa z