Pisaliście listy czy może Was ta przyjemność już ominęła? Dawno temu miałam nawet specjalną papeterię, by pisać do koleżanek i do kuzynek, a później przyszło Gadu-Gadu i było już po listach.
Listy mają w sobie coś intymnego i osobistego, dlatego nie dziwię się, że to na tę ścieżkę komunikacji ze swoją córką postawił senior rodów Wrzaskowiczów w książce „Listy do Poli” Marcina Mortki. Ojciec czwórki dzieci po latach, gdy został sam, zdecydował się spisać swoje rodzicielskie rozważania oraz wyznania w zeszycie, który zostawił najmłodszej córce. Los jednak chciał, że za sprawą pokrętnych przypadków listy trafiają do każdego z rodzeństwa.
Podobała mi się ta książka. Ba! Podobała mi się ta nietuzinkowa, lekko dysfunkcyjna rodzina, która odzwierciedla współczesne społeczeństwo. Każdy z rodzeństwa jest inny, każdy ma swoje życie, każdy z nich miał swoje miejsce i czas w rodzinnym domu, niestety nie takie samo. Autor umiejętnie pokazuje nam jak podejście rodzica, warunki oraz relacja małżeńska w domu wpływa na dzieci. Jak dzieciństwo odbija się na naszym współczesnym życiu. W domu Wrzaskowiczów mamy perfekcyjnego Roberta, ambitną Ewę, wyluzowanego Grześka oraz rezolutną Pole — rodzina idealna. Ale to pozory, bo każde z nich ma w sobie coś, czego, by nie chciało, a wyniosło z domu. Co? Tego dowiadujemy się właśnie z listów ojca oraz z bieżącej fabuły.
Przepadałam w tej historii. Porwała mnie współczesność, czyli życie Roberta, Ewy, Grześka i Poli. Kreacja tych bohaterów jest naprawdę świetna. Jest taka normalna, bo kto czasem nie ma ochoty powrzeszczeć, ustawić kogoś do pionu, czy po pracy usiąść przed telewizorem z miską chipsów, zasnąć i posprzątać dopiero jutro rano? Ja czasem tak mam, dlatego ta czwórka jest dla mnie taka życiowa, widzę w nich siebie, sąsiadów i ludzi z ulicy.
W połączeniu z wydarzeniami, jakie przytrafiają im się przed i po rodzinnym spotkaniu opowieść pana Marcina wciąga akcją, humorem, życiowymi rozterkami oraz wyznaniami rodzica, bo te też tu robią robotę. Dzięki nim rodzeństwo poznaje prawdę o sobie (lub w końcu przyjmuje ją do świadomości) i swojej rodzinie, która gdzieś w międzyczasie im umknęła.Podobała mi się również narracja. Wstępy do każdego rozdziału robiły fajne wprowadzenie. W głowie słyszałam narratora, który swoim pogodnym głosem informuje, co się dzieje u głównych bohaterów. Lubię takie zabiegi! Co do zakończenia, to wyszło świetnie, inne być nie mogło. Wiele emocji i wrażeń skumulowało się, a to, co powinno być wypowiedziane, zostało przeczytane, dzięki temu nastąpiło swoiste katharsis.
„Listy do Poli” to ciepła, zabawna oraz trochę pokręcona, ale nie odklejona historia o rodzinie, która nie miała czasu i odwagi na prawdziwą rozmowę. Jestem pod wrażeniem, dlatego, jeśli lubicie rodzinne opowieści o ludziach, którzy mogą być nam podobni, to polecam.
Moja ocena: 9/10.
Współpraca reklamowa z Wydawnictwo SQN
#listydopoli #rodzina #czytam #czytamhistorie