Książka „Klucz Upadłego. Zdrada magów” Łukasza Piętaka zapowiadała się ciekawie. Miał być tajemniczy wojownik, jego uczeń oraz misja ratowania świata. Było tak, ale niestety nie wyszło to za dobrze.
Głównym bohaterem historii jest Keneth. Chłopak to uczeń Gillana — mnicha, który skrywa się w małej wiosce, ponieważ ukradł z Góry Magów tajemniczy Klucz. Gdy na ludzi napadają orkowie Gillan, wysyła swojego ucznia z misją przekazania Klucza odpowiedniej osobie. Chłopak nie może dopuścić, by potężny artefakt wrócił do miejsca, z którego został skradziony. Nie oglądając się za siebie Keneth rusza w podróż, by wypełnić powierzone mu zadanie. Wędrówka chłopaka nie należy jednak do łatwych tak samo, jak czytanie książki.
Dlaczego ciężko czytało mi się ten tytuł? Pierwszym powodem są nieciekawi bohaterowie. Główny bohater to takie ciepłe kluchy, które potrafią tylko walczyć. To jak wykreowany jest Keneth, nie sprzyja nawiązaniu z nim relacji. Bohater jest bezbarwny, brak mu charyzmy a wszystko, co robi, jest mechaniczne i nieprzemyślane. Keneth robi bardzo wiele dziwnych akcji. Dla przykładu: jest zakochany w Helenie, ale nie przeszkadza mu to w nauce sztuk miłosnych z panną lekkich obyczajów. Inny przykład — oddaje artefakt osobie, o której słyszał wiele złego oraz sam ma do niej złe przeczucia.
Po drugie fabuła książki w ogóle się nie rozkręca. Cały czas jesteśmy w podróży, w której nic szczególnego i spektakularnego się nie dzieje. Jednym słowem — wieje nudą. Tylko jedna akcja z trollem zapadła mi w pamięć. Trzecim powodem jest styl, w jaki napisana jest książka. Przez brak ciekawych postaci oraz wątków historię czyta się bardzo opornie, mnie zajęło to dwa tygodnie. Podczas czytania miałam wrażenie, że mam w rękach szkolne opowiadanie. Drętwe dialogi, literówki, niepotrzebne wątki (księżniczka Kia), słabe tempo oraz kolokwialny język (słowo „jaja” dalej dźwięczy mi w uszach) sukcesywnie zniechęcały mnie do lektury.
Ostatni punkt to brak oryginalności. Autor mocno trzymał się utartych schematów fantasy, niczym nowym nas nie zaskoczył. Wręcz miałam wrażenie, że w tekście nawiązuje do „Wiedźmina”. Koń Łatka od razu skojarzył mi się z Płotką. Orków nazywano Czarnymi tak samo, jak żołnierzy Nilfgaardu, a banda, którą spotyka głowy bohater, przypomina Szczury (w tekście nawet raz pada nazwa szczurki). Dla mnie było tego zdecydowanie za dużo.
Niestety książka nie przypadła mi do gustu, dlatego nie mogę jej polecić. Szukałam plusów, starałam się, bo przecież to mój patronat, ale niestety ich nie znalazłam. Troll i jego rodzina to najlepszy fragment książki, który na chwilę ożywił drętwą fabułę. Schematyczność, brak oryginalnego pomysłu, monotonna narracja bez ciekawej akcji oraz kiepsko wykreowane postacie sprawiły, że z pewnością nie sięgnę po kontynuację.
Moja ocena: 5/10 z uwagi na to, że to debiut autora.
Współpraca barterowa z Wydawnictwo AlterNatywne

Dodaj komentarz