Lubicie historie łowców duchów? Gdy byłam młodsza, częściej oglądałam dokumenty o zjawiskach paranormalnych. Niestety z wiekiem stałam się bardziej strachliwa. Na szczęście nie zrezygnowałam całkowicie ze strasznych historii, teraz jednak wolę te czytane, bo groza wywołana piórem też potrafi być mocna. Nie wierzycie? To sięgnijcie po mój najnowszy patronat „Dom Smutku” Tomasza Nowaka.
Ta książka kilkakrotnie przyprawiła mnie o mocniejsze bicie serca i wyostrzone zmysły. Klimat creepy w pełnej krasie! Wycieczka do nawiedzonego sierocińca jest naprawdę straszna, oczywiście w dobrym znaczeniu. Wizyta Bernarda i Weroniki w opuszczonym od lat budynku wywołuje porządne ciary. Już sam przejazd do miejscowości, w której znajduje się zapomniany przybytek, tworzy gęstą, lepką atmosferę niepokoju. Im dalej, im wyżej, tym ciekawiej i mroczniej. Ciemność, szepty, płacz i dziwne uczucie, że ściany mają oczy towarzyszy bohaterom nie tylko podczas zwiedzania urbexu. Wyprawa, która miała zakończyć się materiałem życia, niestety kończy się źle, bo Werka dosłownie znika (od razu przed oczami mam dziewczynkę i telewizor ze starego filmu „Duch”), a Bernard po bezskutecznych poszukiwaniach bierze nogi za pas i wraca z nowymi demonami do domu.
Tam zaczynają się jazdy głównego bohatera. Chłopak widzi, słyszy i czuje, to czego nie powinno być. Dalej jest creepy, dalej jest mrocznie i dalej jest satysfakcjonująco strasznie. Musicie to poczuć! Jeśli lubicie paranormalne fluidy, to koniecznie musicie to przeczytać! Mocno wkręciłam się w tę opowieść, choć przyznam, że nie od razu, bo początkowe rozdziały z Leną i Benem trochę mnie drażniły i męczyły. Miałam wrażenie, że są wrzucone na siłę, by pokazać postać Bernarda. Jednak później, było już lepiej.
Autor podczas lektury kilkakrotnie podsuwa wskazówki, które po połączeniu mogą pomóc nam w zrozumieniu dziwnej sytuacji, w której znalazł się Bernard i Werka. Niektóre zachowania chłopaka wydawały mi się irracjonalne, jednak w finale wiemy, dlaczego myślał i działa w taki sposób. Jak już jesteśmy przy bohaterach, to bardziej polubiłam Weronikę. Odebrałam ją jako ogarniętą, trzeźwo myślącą młodą kobietę, która ma zajawkę na nawiedzone miejsca, ale kieruje się głową, a nie emocjami. Z Bernardem miałam problem, zwłaszcza przez jego interakcje z innymi kobietami. Mężczyzna nie lubi gadatliwych kobiet, jest w stosunku do nich zgryźliwy, dlatego za to ma ode mnie minusa. Zakończenie książki jest ciekawe, takie trochę filmowe, dające autorowi otwartą furtkę. W horrorach na dużym ekranie lubię tego typu zabiegi, dlatego i tu moim zdaniem wyszło to dobrze.
„Dom smutku” to historia, która potrafi wywołać ciarki na plecach, zwłaszcza gdy czytasz ją wieczorem, gdy dom żyje własnym życiem. Jeśli lubicie temat urbexu, horror i creepy klimat to warto zaciekawić się tym tytułem.
Moja ocena: 8/10.
Współpraca patronacka z autorem.