Czy patrząc w niebo, zastanawialiście się kiedyś czy może, gdzieś daleko ktoś tam jest? Gdy byłam młodsza, to pytanie wracało do mnie po filmach science-fiction.
W książce „Czas Apokalipsy… Czas Nadziei…” Janusz Czuryszkiewicz postawił właśnie na odwiedzimy obcych. Na Ziemię przylatują trzy statki, a w nich przedstawiciele Rady Galaktycznej, która obawia się o swoje bezpieczeństwo, gdyż ziemianie w dalekiej przyszłości mogą im zagrozić. Galaktyczni wysłannicy mają dla nas ultimatum. Możemy w drodze ogólnoświatowego referendum wybrać czy chcemy dobrowolnie przystąpić do Rady Galaktycznej i na tym zyskać, czy odrzucamy propozycje i robi się niemiło.
Pomysł na fabułę ciekawy. Od początku ciekawiło mnie, co mogą zaproponować nam kosmici, dlatego fajnie, że autor zaprezentował kosmiczne technologie, zasoby i bogactwo. Wydolność i zaradność obcych była naprawdę imponująca. Pierwsze rozdziały wypadły dobrze. Niestety po konferencji, a nawet już na niej czytanie książki nie było już tak płynne. Winę ponosi tu styl, w jakim jest napisana. Gdy kosmici przybywają na rozmowy, dostajemy długie wywody Deo i jego kolegów. Ciągły monolog jednej ze stron spowodował u mnie wrażenie studenckiego wykładu. Poczułam się, jakbym siedziała na auli i nie miała prawa głosu. Byłam biernym obserwatorem, co niestety osłabiło odbiór książki, ponieważ jako czytelnik lubię ramię w ramię, przeżywać fabularne zmagania bohaterów. Tu był z tym problem, ponieważ nie było głównych bohaterów, którzy wciągnęliby mnie w historię. Akcja skakała z miejsca na miejsce i zmieniała postacie pierwszoplanowe. Niby na początku był Greg, później Meg, do której wrócono w końcówce, ale nie było postaci, która by nam towarzyszyła przez całą historię.
W ogóle mam wrażenie, że autor nie mógł się zdecydować, do jakiej grupy wiekowej ma trafić książka, gdyż na początku główne postacie to dorośli, a na końcu młodzież. Polityka, zmagania militarne i tortury gryzły mi się z fabułą szkolnej ławy pomimo tego, że Meg ma zaraz osiemnaste urodziny i wiem, że chciano tym zaprezentować ekspresową metodę nauczania.
Rozczarowała mnie również końcówka, ponieważ koniec książki nie wyglądał, jak zakończenie. Historia skończyła się w liceum z informacją, że będzie druga część. Tym sposobem nie zostałam zachęcona do sięgnięcia po kolejny tom, ponieważ autor nie zbudował na koniec żadnego napięcia ani wydarzenia, które wzbudziłoby zaciekawienie, co do dalszych losów mieszkańców Ziemi. Ot, tak zakończył zdanie.
„Czas Apokalipsy… Czas Nadziei…” to debiut, co widać. To historia, która bazuje na dobrym pomyśle, ale już na gorszym wykonaniu. Gdyby były to luźno powiązane opowiadania to książka wypadłaby lepiej. Niestety jest to całościowa powieść, a taka wymaga utrzymywania ciągłego zainteresowania lub nawiązania więzi z bohaterami. Tego tu zabrakło.
Moja ocena: 6/10.
Współpraca reklamowa z Wydawnictwo Novae Res
#kosmos #galaktyka #lot #sciencefiction #czytamsfi